Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 682 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Do szaleństwa.

piątek, 24 sierpnia 2012 19:52

 

 Miłość to takie coś, czego nie ma. 

To takie coś, co sprawia, że nie ma litości. 

To tak, jakby budować dom i palić wszystko wokół. 

Miłość to jest słuchanie pod drzwiami,

czy to jej buty tak skrzypią po schodach.

To kiedy patrzysz, jak ona je, a sam nie możesz nic przełknąć.

I wtedy, kiedy nie zaśniesz, zanim nie dotkniesz jej brzucha. 

( Z filmu '' Sara '' )


 

Elvis Presley - Can't help falling in love. ( W wykonaniu Ingrid Michaelson.)


      J
ako człowiek indywidualny, przyznaje, że zostałam obezwładniona. Zainfekowana. Niczym chorobą zakaźną. Wzbudzona. Niczym fala podczas sztormu. Wzruszona. Jak podczas emocjonalnej chwili. Wydobyte zostały ze mnie drobinki człowieka szczęśliwego. Ktoś pokazał mi scieżke wartą przebycia. Chwycił moją dłoń. Ktoś przebił na wylot moje serce. Czy mam za złe? Skadże! Mistrzowskie zagranie. Mistrzowskie wakacje. Zdarłam podeszwy. Zrobiłam dzióre w bucie. Pogubiłam wszystkie skarpetki. I zakorzeniłam w sobie coś niebywałego. Coś nad wyraz wrażliwego. Wychodowałam w sobie uczucie. Być może była to ogromna niefrasobliwość i lekkomyslność, ale nie o tym głosi ta historia. Historia ta opowiada o obecności. Duchowej. Cielesnej. Wyczuwalnej. Pachnącej. Idealnie dopasowanej. Miękko jak na poduszce. Ciepło jak pod pościelą. Swojo jak w domu. Swobodnie jak z najlepszym przyjacielem. Naturalność która splotła razem dwoje ludzi - jak obieg krwi w ciele. Ten sam takt. Ten sam rytm. To samo tętno. Puls. Bicie serca. Perfekcyjne manewry. Właściwe słowa. Właściwa osoba. Właściwe miejsce. Właściwy czas. Odpowiednia tonacja. Spojrzenie. Łagodność, która dotyka mojej szyji. Zataczające się petlę. Chwile i momenty, których nigdy nie zapomnę. Delkatność słowa. Chłód wieczoru. Ciepło oddechu. Błysk spojrzenia. Magia. Ujrzałam burzliwy portret. Coś walneło mną niczym piorón. Rozbiłam moją nieposkromioną zapartość w dąrzeniu do niezależności. Żuciłam nią o ziemie a ta rozbiła się na milion drobnych kawałków. Jak szklana kula. Nie potrafie tak dłużej. Bez niego nie potrafię jakkolwiek inaczej. Miłość. Przerażające, co? Słowo, którego bałam się przez całe życie. Słowo będące tak obce. Nieznajome. Dalekie. Niedowiary! Dotknełam tego. Jak płatek śniegu, wylądowało na koniuszku mojego języka. Poznałam człowieka, który w moim pedantycznie poukładanym życiu, zrobił wielkie zamieszanie. Poznałam człowieka, który uporządkował chaos i nieład w moim sercu. Banalnie powiedziane. Tego uczucia nie jestem w stanie ująć w słowa ani ja, ani nikt inny w taki sposób aby całkowicie to zobrazować. Nie da się na papierze, pokazać czym to naprawdę jest. Sama nie wiem czym to jest. Wszystkim i niczym. Hałasem i spokojem. Ciepłem przyjemnie parzącym nasze ciała i chłodem termicznie szokującym nasze wnętrza. Światłem, które oślepia i ciemnością która koi. Subtelnością, która nas głaszcze i drapieżnością, która budzi nas do życia. Zmysłowośćią i zdrowym rozsądkiem, przy czym jedno nie wyklucza drugiego. Rodzącą się w nas finezją i zastygającą w nas słodyczą. Każda miłość jest dziełem. Starannym i zautoryzowanym. Owiniętym ozdobnym papierem o różnych kolorach. Z czasem staje się naga. Nie potrzebuję ozdoby. Staję się realią, która w nagrodę dostaję śniadanie do łóżka a za karę klapsa w tyłek. Kiedyś i być może. Lecz teraz jest tutaj. Teraz to seledynowa serpentyna. Złote konfetti. Szampan i truskawki. I choć może gadam bez sensu, to nie to jest najważniejsze. Nie liczą się odstępy między liniami, które i tak są za małe. Głupia czcionka '' Book Antiqua '', która i tak jest tutaj najładniejsza. Polskie znaki przez, które i tak zawsze trafia mnie szlag. Liczą się szramy na moim przedramieniu, które powstały same z siebie z niewiadomej przyczyny i nieważne, że już dawno zniknęły. Liczy się piątek 13, który przyniósł ze sobą bukiet polnych kwiatów, wisiorek z literką '' K '' i multum całusów w kąciku ust. Liczy się mój głód topiący się w ociekającym z sosu hamburgerze i spojrzeniu mojego chłopaka, które pomimo mojego łakomstwa i brudnej od sosu twarzy, ciągle wyraża jedno i to samo. Kocham Cię. Do Szaleństwa. 


Pomiędzy '' z Tobą '' a '' bez Ciebie '' jest taka różnica. 
Jak pomiędzy '' noc z księżycem '' i '' noc bez księżyca '' 



oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Skąpy sweterek.

wtorek, 15 maja 2012 20:18

 

 

 

    Wyspana po intensywnym śnie, który mnie brzydzi i który podnieca mnie równocześnie. Zachaczona myślą o niekonkrętną sytuację, o niekonkrętnego mężczyzne i o czyny za, które biję się po łapach. Zachłanność o przypalone żebra i ramiona wygięte do tyłu.

Czym byłby ogień bez ciała? Czym byłoby ciało bez ognia?


 Złapię ster. Złapię kark. Złapię poszatkowaną dumę. Ponieważ - nieważne. Za dużo wplątanych w to szczegółów. Za dużo popiołu. Za dużo dyskusji, postawionych kropek i boleśnie wyrytych sentencji. To moje blizny, które pod cieńką warstwą ubrań dostrzec można jedynie w oczach.


Łza o smaku śniegu, dojżała, wyschła i rozdmuchana została przez wiosenny wiatr. Jędrność charakteru jest jedynie pośladkiem. Wygrawerowany schemat jest jedynie wspomnieniem.


Zagram, patrząc jak ktoś tańczy. Zatańczę w rytm własnej melodii. Bez pokłosu, dławienia się i drgawek. Dla odwetu i dla triumfu. 



 

'' I wolimy wzajemnie dławić się nektarem,
Tonąć w kwaśnym, słodko-gorzkim powiewie,
Który świszczy wśród drzew, wnika w odmęty mórz.
I wypełnia nasze ostatnie, ziemskie tchnienie.''


oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Minuta po północy.

sobota, 28 kwietnia 2012 1:01

   

     Minęło dużo czasu od mojego ostatniego '' przełomu ''. Wystarczająco dużo aby coś poczuć lub czegoś nie poczuć. Coś przemyśleć. Coś postanowić. Mamy koniec kwietnia a ja oprócz uciskającego bólu gardła czuję jedynie zostawiony w tyle chaos. Paradoksalnie uporządkowane sprawy, które tak naprawdę zamiotłam pod dywan. Nie, to nie ja je tam zamiotłam. To nie moja rola. Nie tym razem. Ale ludzie nie znają się na życiu. Ludzie nie znają się na lojalności. Ludzie nie znają się na obietnicach. Ludzie biegną tam gdzie ciągnie ich wiatr. Idą tam gdzie im wygodnie. Ludzie po prostu nie znają poprawnej interpunkcji. Dobrego przepisu na koktajl bananowy. Ludzie nie potrafią wiązać sznurówek. Ludzie nie są dobrymi pisarzami. Ludzie nie wiedzą jak wielką siłę ma gradobicie. Ludzie nie wiedzą niczego o synchronizowaniu się. O bezpiecznej stabilności. O równowadzę we własnym sobie. Ludzie nie dokonują sprawiedliwego " szach-mat ". Pajacyki na sprężynkach zawsze będą zamknięte w swoim własnym pudełku. Takie pajace zawsze z fałszywą intencją będą głupio się uśmiechać. I kołysać. Hipnotyzować. Zaskakiwać. Ale w życiu każdego takiego człowieka, przychodzą momenty kiedy trzeba się odrząsnąć. Oderwać wzrok. Wskoczyć do innego wagonu. Dać z siebie maksymalnie dużo żeby dotrzeć na kolejną stację. Jako samotny pasażer, czuje się samodzielna. Czuję, że ta podróż z gorącym policzkiem opartym o lodowatą szybę rzeźbi mnie od początku. Czuje się giętka. Stanowczo zbyt giętka. Elastyczność oznacza poddatność. Słabość. Brak komfortu bycia sobą. Fakt faktem: Nie potrafię żywić do ludzi nienawiścią. Nie potrafię być wredna. Nie potrafię być mściwa. Ale fakt faktem: Stojąc na plarzy pełnej fajerwerków obiecałam sobie coś, czego mam zamiar dotrzymać. Nie podwijając rękawów.

Chcę słońce. 
Wschodzące, lub zachodzące.
Chcę tylko słońce.  


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Cisza.

sobota, 24 marca 2012 12:04

      Miałam pisać z czystej dłoni. Z czystym morałem. Z jasnym przekazem. Ze zrozumieniem. Miałam napisać zaraz po otwarciu koperty. Koperty, która według moich oczekiwań miała być błękitna. Nie wytrzymałam. Przyszła wiosna - jest jaśniej, cieplej, zieleniej, gorzej, smętniej i ochydniej. Spaliny sypią mi się na łebek. Czuję cierpienie. Nie tylko to pochodzące z mojego wnętrza, ale również to, które znajduję się obok. Przyszła wiosna - zły marzec. 


    Brak możliwości dokonania wyboru, zabija we mnie potenciał. Chęć do działania. Chęć do walki. A może nie mam już o co? Skąd mam wiedzieć? Jedyne co otrzymałam to cisza. Bez dzwięk, który tworzy wielką przepaść. Rujnuje zbudowany dotychczas most. Upadam z krawędzi, nie wiedząc dokąd lecę i gdzie wyląduję. Przez cisze wygasa nadzieja. Wygasa energia. Ulatuję ze mnie hart i siła. Ucieka ze mnie afekt. Zwiększa się moja namiętność. Moje porządanie. Cisza zmusza mnie do ciągłego przebierania w scenariuszach. Do podejrzewania i układania potencjalnych podstawach i przyczyn. Każe walczyć z własną podświadomością. Uśmierca moją wybujałą fantazję. Likwiduję poczucie własnej wartości. Wywołuję cały sztab kompleksów. Bezczelnie irytuję. Dezorientuję. Zbija z tropu. Plącze pomiędzy fałszem a prawdą. Lub pomiędzy prawda a fałszem. Myli priorytety. Zpycha gdzieś, gdzie prawdopodobnie nie powinnam się znajdować. Wywołuję czarne myśli. Wyciska ze mnie ostatnie łzy. Zmywa z mojej twarzy uśmiech. Zagłusza dobre wieści. Nieustannie zasmuca. Przyćmiewa dobry humor. Nie dopuszcza do mej głowy spokojnego snu. Wycieńcza fizycznie. Niszczy psychikę. Zmienia jako człowieka. Zmienia jako inwidualną osobę. Uzależnia. Każę czekać na krawędzi, bez widoku na horyzont. A długie czekanie zimne żelazo kłuję. Jestem pionkiem na opustoszałej szachownicy. Szach-mat? 

 

Enjoy the silence.

(Delektuj się ciszą)

 

Słowa jak gwałtowność
Przerywają milczenie
Przychodzą, zderzając się
Z moim małym światem
Sprawiając mi przykrość
Przeszywają mnie na wylot.


oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Let me go? Let us wait? What? What?

niedziela, 04 marca 2012 23:00

 

Tak często Cię widzę, choć tak żadko spotykam. 


 

    Ciężki smak czekolady w moich ustach. Muszę coś przetrawić. Odepchnąć zbliżającą się mgłę. Zmywający się sen z powiek. Słodkość, która ugrzęzła mi pomiędzy palcami. Słowa, które zostały za uchem. Odciśnięta dłoń na mojej nodze. Ciepłe usta na moich zmarzniętych wargach. Ukojenie. Nie pytaj mnie o nic. Nie chce przesłuchania. Nie chce pokoju zwierzeń. Nie potrzebuje spowiedzi. Nie potrzebuję kolejnej herbaty. Wyrosłam z zabawy w podchody. Wyrosłam, prawda?  Papierek po batonie, skrzypi mi pod ręką. Czuję się jak bym nadal śniła i nie mogła się wybudzić. Siedze na ciepłych od wody kafelkach, zmywam z siebie resztki dnia i na mokrej skórze nadal czuje ten sam zapach. Za dużo lukru, bez ciasta. Za dużo czułości bez fundamentu. Bez podstaw. Bez ubezpieczenia na czas przyszły. Dziecinada z, którą przyszło mi walczyć kołyszę mnie do snu. Paradoksalnie uspokaja. Zaufanie - jestem zbyt ufna. Pozory mylą. Ale zła prawda, prawdą nie będzie. Nie może. 



   Gdybym mogła, posprzatałabym słone okruszki. Położyła policzek na plecach. Ręce na żebrach. Rozkoszowała się tym aromatem w dzień i w nocy. Rytualna dłoń na biodrze. Brakuję mi skrawka niebieskiego kołnieżyka. Pary brązowych, krótkowzrocznych oczu, przykłówającej mój wzrok. Bezpodstawnego uśmiechu, który wyrażać potrafi wszystko. Nie uroniłam jeszcze żadnej łzy. Dusze się. W przenośni i dosłownie. Doznane przeze mnie bodźce zanikają razem z moim głosem, który jeszcze wczoraj próbował jak mógł wypowiedzieć tyle ważnych słów. Płomyk nadzieji niknie razem ze mną i moimi uciekającymi kilogramami. Marnieję w oczach. Nie moge jeść. Nie mogę spać. Najchętniej spoliczkowałabym się za ten stan. Uzbroiłam sie w cierpliwość. Czekam aż poplątane linie wirujące w powietrzu, opadną na podłogę abym mogła spróbować je odplątać. 


 

Synchronizacja 


Stabilność. 


My. 


Proszę. 

 


oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Pieszo, nie po drodze.

poniedziałek, 20 lutego 2012 19:00

Kolejne, patetyczne zauroczenie za mną. 

  Właśnie wyszłam z pod prysznica. Siedze w piżamie, opatulona moją, ulubioną, szarą bluzą. Pachnę jakimiś fioletowymi kwiatkami. Przyglądam się swojemu odbiciu w stojącej obok ramce na zdjęcia, którą dostałam od przyjaciółki jako prezent walentynkowy. Rozpadł się kolorowy pajacyk na sprężynce. Pokruszyło się serce. Dobija mnie to i cieszy. Odpycha i przyciąga. Daje do zrozumienia i gubi. Sytuacje, podobnie jak uczucia  zdarzają mi się kilkakrotnie. Znów nastała monotomia. Jestem częścią publiki. Siedze na widowni i z ciemnej sali mam doskonały wgląd na scene. Ale nie chce oglądać tego samego spektaklu. Nie chce słyszeć oklasków z tych samych rąk. Nie chce aby podniosła się kurtyna. Chce chodz raz dostać rolę główną. Byłabym w stanie nauczyć się kwesti. Dobrać idealny kostium. Potrafiłabym odegrać każdą scene. Byłabym delikatna. Jestem na to gotowa. Przysięgam. Melancholijnie stwierdzam, że bardzo mi zależy. Kiepska sprawa. Desperacja bierze górę. Wzdycham do rozmytego i zapierającego dech w piersiach widoku. Jeżdze miejskimi autobusami. Uciekam, żeby tylko ucieć. Nabrać powietrza. Udzielam się gdzie popadnie. Biegnę, spóźniam się i ślizgam na zamarzniętym od odwilży lodzie. Musze coś robić. Muszę, bo zwariuję. A zwariować po raz kolejny mi się nie uśmiecha. Myślałam, że już z tego wyrosłam...  Codziennie czuje wiosnę. Miejscami dostrzegam beton i za każdym razem poprawia mi to humor. W tą zimę zdecydowanie nie zapadłam w sen. Zima to czas pełen rozczarowywań.  Zima to wrażliwość. Zima to przygnębienie psychiczne, wyczerpanie fizyczne, bzdury i nadzieje bez polisy. Wiosna to ukojenie. Wiosna to odpoczynek. Wiosna to słońce, radość i maj. Maj będzie cudowny. Pełen niespodzianek i pełen miłości. Taki będzie... 


oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Powietrze, zbyt gorące.

niedziela, 05 lutego 2012 21:16

   Mam ochotę podzielić się rozmyśleniami z ostatniej chwili. Jest dobrze. Czuję, że życie zaczyna kręcić się własną karuzelą. Czuję, że fakty, które jeszcze niedawno były powodem impulsywnej łzy na moim policzku, teraz stają się kontrastem dającym mi do zrozumienia jaka naprawdę jestem,- mimo dziwactw i słabości- dobra. Po brzegi wypełniam się żalem patrząc na cierpiące osoby. Ciarki przechodzą mnie po ciele, kiedy wiem, że moje własne, niczego sobie życie, przerasta czyjeś. Mimo mojego steropianowego stereotypu. Wytwarzam w sobie coś na kształt współczucia kiedy widze jak nasza naiwna nauczycielka angielkiego podążając za przygotowanym wcześniej planem wyprówa sobie wszystkie nerwy, aby nauczyć nas, niewdzięcznych, hałasujących i lekceważących bachorów czegokolwiek. Strasznie jej współczuję, bo widać jak bardzo zależy jej na osiągnięciu celu.   Jest u nas w szkole taka jedna para. Chłopak jest potężny, okrągły i tłusty. Wygląda jak zapaśnik sumo wysokości koszykarza. I jego dziewczyna. Chuda, zgrabna z pięknym usmiechem, lśniącymi włosami i o twarzy anioła. Zakochani na amen. Ciągle razem. Ona niemal chowa się w jego wielkich ramionach. Wyglądają niczym Shrek i Fiona. Uwielbiam siadać w pobliżu i podpierając ręką policzek przyglądać się im z zamiłowaniem. Dla mnie są najpiękniejszą parą jaką widziałam. Mimo multumu otaczających mnie miłości. Nasza nauczycielka angielskiego i jej aktualny mąż poznali się czternaście dni po tym jak przydzielono ich do tej samej klasy w pierwszej liceum. Są razem trzydzieści lat, mają dzieci i nie mam pojęcia jak wygląda ich małżeństwo ale po tonie w jej głosie kiedy opowiada nam o swoim życiu prywatnym, zgaduje, że wspaniale. Tak jest - zrobiłam się strasznie sentymentalna, uczuciowa i wrażliwa. Powietrze jest zbyt gorące aby myśleć chłodno i chłodno kalkulować. Znowu się zauroczyłam. Lubie to uczucie kiedy dla zdziwnienia innych w piątek popołódniu nie mogę doczekać się poniedziałku. Spieszno mi do szkoły. I tak, - on tu jest - najlepsze zdanie na świecie. Sprawiłam sobie własne, osobiste życie. Banalne i głupie, ale dla mnie zbyt cenne. Jak na szesnastolatke zachowuję sie aż za bardzo jak czternastolatka. Przesada jest dobrą drogą do radości. Krótkiej, lecz każda radość jest dobra. ;) 

Błoga, chwilowa krótkowzroczność. 


oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Weekend.

niedziela, 29 stycznia 2012 18:48

 

   Bratysława to miejsce, które z niewytłumaczonych przyczyn wywołuje u mnie strach. Nie wiem dlaczego o tym wspominam. Hałas. Brak kontroli i szacunku. Bałagan. Czynniki spędzające mi sen z powiek i wywołujące czarne myśli. Światło latarni odbijające się od obiektów w moim pokoju tworzą śmieszne refleksy. Skupiam się na nich. Kiedy przyjże się głębiej przybierają różne kształty i migoczą. Leżę i analizuje ostatnie dni. Obsesję na punkcie płaskiego brzucha. Mrożoną kawę. Zespół " Band of horses". Wycieńczające lekcje śpiewu. Moją zakręconą nauczycielkę. Gromki śmiech. Ciasto jabłkowe. Chłopaka ze szkoły. I fakty, które mną wstrząsnęły. <Stan niestabilny> to ostatnio najgorsze stwierdzenie, które tkwi mi w głowie. Złamane serce jest niczym w porównaniu do serca, które zarośnięte jest holesterolem i innymi okropnościami. Chciałabym, żeby wszystko się ułożyło. Dziś niedziela - sielanka. To jeden z tych dni w, których tęskni się bardziej. Dom jest pusty, nie ma nikogo. Światła są pogaszone. Marzną mi stopy. Przyglądam się genialnemu obrazowi, którego nabyłam wczoraj. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Słucham jakiejś mieszaniny rocka i bluesa. Burczy mi w brzuchu, ale nie chce nic jeść. Porzuję gumę. 

 



oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

noworocznie: inaczej: dziwacznie.

niedziela, 08 stycznia 2012 21:40

  Zaczął się nowy rok. Czuje go. Dla mojego i ludzi, przy, których się obracam zaskoczenia, - pozytywnie. Mam wrażenie, że będzie dobry i mnie zaskoczy. Lub to ja zaskoczę.  I samą siebie i może nie tylko. Jak na razie cieszę się drobnymi prezentami od losu. Fakt, że małe, ale cieszą. Dorysowują mi uśmiech na opalonej buzi. Podbudowują. Sylwester zakończył się gromkim i głębokim snem. Nie mogę pochwalić się fantastyczną zabawą ze stadem znanych mi ludzi lub kontrowersyjnymi zdarzeniami. Sylwester na plaży, rozświetlony przez wielką burze fajerwerków dosłownie nad moją głową. Czułam opadający na mnie popiół i resztki rakiet. Widziałam rozbłyski tak kolorowe, jak dotąd nigdy. Fakt faktem, że czułam pewny brak. Brakowało wiele czynników, aby sprawić tę noc idealną, lub choć trochę podobną do perfekcyjnej. Nie było jednak tak źle jak mogłoby się wydawać, że będzie. Uradował mnie telefon od przyjaciółek, które składały mi słodkie życzenia i na głos chórkiem, krzyczały do słuchawki "miłości, miłości, miłości, miłości.. ". Miłość jak najbardziej mile widziana, aczkolwiek, nie popadając w paranoje, znalazłam złoty środek na moje nieszczęścia względem płci męskiej ;]. Czeka mnie dużo dobrego. Mogę to sobie obiecać, zapisać w kalendarzyku i wyryć na twarzy. Czeka mnie dużo dobrego. I nic i nikt nie ma prawa zaprzeczać. Odliczam dni do kolejnego wyjazdu w ojczyste strony.. Dostatecznie zainspirowana zajęłam się jedną z moich pasji -fotografią. Czuje, że kwitnę pod tym względem, co mnie bardzo cieszy. Nie mogę powstrzymać się od ciągłego rozmyślania. "Rozmyślanie" to może jednak zbyt łagodne określenie. Co raz dziwaczniej, na opak i trochu bezsensu zastanawiam się nad zupełnie abstrakcyjnymi rzeczami, które wydawać by się mogło, nigdy mi się nie przydadzą. A może jednak? Warto chuchać na zimne, więc chucham. Z całej siły, zastanawiając się przy tym, co by było gdyby.. Gdyby ilość zebranej przeze mnie dobrej karmy nie wystarczyła, aby odesłać mnie we wrota beztroskiej nirwany i jako nauczkę powróciłabym na ziemie w ciele mrówki, świnki morskiej bądź innego biednego zwierzątka. Co by było gdybym była otyła do tego stopnia, że zapaśnicy sumo mogliby mi jedynie pozazdrościć masy i objętości. Czy technicznie rzecz biorąc nie wierząc zbytnio w Boga i inne religijne stwory, po śmierci zająłby się mną Budda, którego religia dopuszcza niewiarę? Czy Budda byłby nagi? I równie otyły? Wstydziłabym się leżeć naga przed Buddą w czasie, kiedy on prawiłby mi kazania, zrozumiałe do tego stopnia, że można by je było porównać z wróżbami w chińskich ciasteczkach. Ostatnio zauważyłam, że stałam się przesadnie szczera. Aż razi ode mnie kontrowersją, co na swój sposób jest -że tak to nazwę- cool. Zastanawiałam się ostatnio, co zrobić w sytuacji, kiedy mężczyzna po stosunku z kobietą, (bo tak przecież wypadałoby ze względów higienicznych) powinien ściągnąć zużytą prezerwatywę i wyrzucić do kosza, lecz w danym pomieszczeniu nie byłoby kosza. A przecież całkiem normalnym faktem jest ( przynajmniej dla mnie), że najprzeciętniejszy homo sapiens ma prawo do spontanicznej i impulsywnej chwili zapomnienia i w takich sytuacjach do stosunku dochodzi przykładowo podając w samochodzie, na łące( na łące chyba nie byłoby problemu. Ewentualnie zużytą prezerwatywę można byłoby zakopać, ale powiedzmy sobie szczerze: Nikt w dwudziestym pierwszym wieku nie uprawia seksu na łące) lub w windzie. Nigdy nie spotkałam się z koszem na śmieci w żadnej windzie, co jest absolutnie absurdalne i powinno być jak najszybciej roztrzygnięte. Wydaje mi się jednak, że najzwyczajniej w świecie najprostszym rozwiązaniem tego problemu będzie, jeśli wszyscy, każdy homo sapiens, ograniczymy się do uprawiania seksu na terenie własnego domu, gdzie mam nadzieje każdy posiada swój własny kosz na śmieci. To tyle na temat moich refleksji, które mam nadzieje pozostawimy bez komentarza. Chyba ostatnio szwankują mi hormony. Lub mózg. Oh, przynajmniej jestem wesoła. 

 


Wszystkie rybki śpią w jeziorze, ciuralla, ciurallala. 

Tylko jedna spać nie możę, ciuralla, ciurallala. 

Wąż cały w jedwabiach pannę młodą w krzaki wabił.

 Paw z ogonem stubarwnym porwie pannę młodą w tany. 

Indyczki, indyczki dąsają swe twarzyczki. 

Orzeł, orzeł, już on wyprostuje panny młodej łoże. 

 

ps: hmm...


oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Końcem końców.

sobota, 31 grudnia 2011 14:31

 

Takie coś co dzieje się poza nami. 

Nieuchwytne. Niepowstrzymane. 

To jak balansowanie na krawędzi. 

 Demakijaż duszy. 

Niczym trucizna, która wyżera wnętrze człowieka. 

***


 

    Chyba nigdy wcześniej nie znajdowałam się tak daleko. Ze słabą widocznością. Nigdy nie czułam się tak obco. Z kontrastującym otoczeniem. Tak bardzo eksportowana. Nie będąc na siłach, aby skutecznie się buntować. Jednocześnie zabezpieczać. Nagły splot wypadków. Kolejna paczka, którą starannie trzeba było się zająć. Rozpakować. Przeglądnąć. Ocenić. I w twarz dostać od niepozornego pajaca na sprężynce. Trzeba było się podnieść. Przeboleć. Ochłonąć. Otworzyć się na kolejne ciosy. Przygotować się. Trzeba było coś oddać, aby móc coś zyskać. Lub raczej, -czegoś nie stracić. Ostateczna kolej rzeczy. Trudno…Trzeba być dobrym przyjacielem. Waham się jak wahadło. Nie potrafię zrozumiale sprecyzować własnego samopoczucia. Wszystko wydaje się chwilowe. Fałszywe wręcz. Głowę chowam w książkę a do uszu wkładam słuchawki. Volum podkręcam maksymalnie. Idealny kamuflaż, pod, którym schowa się wszystko. Unikając krępujących pytań. Aż strach, jaka się stałam. Aspołeczna. Wyłączona. Introwertyczna. Nierodzinna. A tak bym się wróciła do czasów, kiedy mama chodziła jeszcze w czapkach z daszkiem. A prawdziwe szczęście objawiało się w postaci pomarańczowego fiata. Przeraża mnie mój wewnętrzny bałagan. Huragan, z, którym się budzę i zasypiam. Śmietnisko, które już dawno powinno zostać posprzątane. A idzie nowy, świeży rok. Początek. Nowy początek czegoś, co z założenia miało być lepsze. I jak go rozpocznę? Brudna? Wypłowiała? Maksymalnie wygaszona? Czuję się jak balon, z, którego uszło powietrze. Jak gitara bez strun. Rozbita szklanka. Nawiedzony dom. Mogę wymieniać tak w nieskończoność: Okręt, który zboczył z kursu. Przepalona żarówka. Zardzewiały kawałek metalu. Ale prawda jest taka, że nikt, absolutnie nikt, kto nigdy nie znajdował się w identycznej sytuacji, mnie nie zrozumie. Ani trochę. Chociażby się starał, – bo tak trzeba. Bo potrzebuję wsparcia. Bo wypadałoby. To taki inny rodzaj rozczarowania. Takie coś, gdzie bezsilność wchodzi w zupełnie nowy wymiar. Nie jest się w stanie zrobić czegokolwiek. Bo ma się tą perfekcyjną świadomość. Idealnie rozrysowany schemat. Oszlifowane dialogi. Aż chce się wpaść w furrię. To aż śmieszne. Fakt jak bardzo jest to przewidywalne. Jaki zyskałam zasób doświadczenia. Cały sztab rozczarowywań. Usterek sercowych, które nadal są. I szczypią. I nie dziękuje, nie mam zamiaru niczego knuć. Robić z siebie idiotki, skoro dobrze wiem jak to przebiegnie. Ten rok ma być lepszy. Nie powtórka z rozrywki. I zupełnie nie ważne jak bardzo nie mogę się powstrzymać. Jak szybko to się rozwija. Zaledwie w ciągu doby. Nie, nie ważne, że leżę z głową półmokrą i włosami przylepionymi do twarzy. Nie ważne, że usycham jak zwiędły kwiatek, który nigdy nie został napojony i nie przyzwyczaił się do warunków kaktusa. Nie ważne, że powietrze wciągam płucami i drżą mi wargi. Nie ważne, że z szybą przyklejoną do policzka przechodzę swój nowy, abstrakcyjny rytuał. I jest mi tak zimno jak dotąd nigdy. I jak tylko przez źrenice przemknie mi ta jedna twarz, mój brzuch nie może przestać się trzepotać. Dosyć! Muszę przestać! Lecz wszystkie instynkty, jakie tylko posiada człowiek proszą, błagają wręcz o więcej. Ale nic z tego nie będzie, moje drogie. Nic z tego nie będzie. Zaraz, mogę jeszcze przecież świetnie się zabawić! Problem w tym, że to mnie już całkiem nie bawi. 



oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

wtorek, 17 października 2017

Licznik odwiedzin:  17 801  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl